Cmentarz w Hamburgu
Pogrzeb
był kameralny. Kilka osób. Mąż, wnuk, trzech przyjaciół i pastor. Nikt więcej.
Spuszczono trumnę do wykopanego wcześniej grobu.
Pięciu mężczyzn w czarnych garniturach pochyliło się, szepcząc modlitwy. Słońce
grzało niemiłosiernie, było lato. Po twarzy każdego z nich spływał pot, z oczu
dwóch leciały łzy. Już się nie powstrzymywali.
Pogoda była piękna. Zupełnie nie pasowała do
nastrojów panujących w sercach żałobników. Ptaki ćwierkały wesoło na drzewach,
które lekko szumiały. Trawa była nadzwyczaj zielona, w powietrzu unosił się
zapach lata. Natura się cieszyła.
Pastor skończył swoją powinność i żegnając się
oschle ze zgromadzonymi donośnym i twardym "z Bogiem", ruszył w
stronę bramy cmentarza.
Podobnie jak natura, cieszył się w duchu ze
śmierci tego człowieka, którego pochował. Ze śmierci istoty tępionej przez
Boga, przyrodę i Kościół. Ze śmierci istoty, która nie miała prawa istnieć.
Felixa Brauna.
***
Centrum Hamburga
W mieszkaniu Edwarda Kruszwickiego było ciemno, paliła się
tylko jedna staroświecka lampa stojąca. Oświetlała część niewielkiego salonu i
brązowy tapczan, na którym siedzieli dziadek i wnuk. Siedzieli zgarbieni, jakby
ciężar śmierci Felixa przygniatał ich ramiona do ziemi i nie pozwalał się
podnieść. Obaj byli pogrążeni w smutku, milczeli. Ich rany były zbyt świeże.
W końcu wnuk, Adam, odezwał się. Szeptem, chociaż
nikogo innego nie było w mieszkaniu. Tak cicho, jakby jego głos miał spowodować
lawinę kolejnych wspomnień, lawinę kolejnych smutków.
– Żałuję, że nie poznałem go lepiej.
I znów zapadło milczenie. Edward zbierał myśli.
Po śmierci ukochanego czuł się, jakby stracił wszystko. Nie tylko najdroższą
osobę. Mieszkanie było bez niego puste. Brakowało mu śmiechu Felixa, brakowało
mu jego słów. Zapach, który unosił się wszędzie wokół, tak bardzo przypominał
mu o zmarłym, że nie potrafił się skupić. Tęsknił za silnymi ramionami byłego
żołnierza, tęsknił za jego obiadkami, które smakowały tak, jak smakowały
obiady, kiedy jego matka jeszcze żyła. Jak przed trzydziestym dziewiątym.
Tęsknił też za całym Felixem. Jego obecność była niezbędna w życiu Edwarda. Tak
niezbędna jak powietrze.
Edward widział wiele śmierci. Jeszcze więcej
zniszczenia. Przeżył wojnę i powstanie warszawskie. Widział to wszystko, o czym
teraz z zapałem znawcy piszą książki. Nie chciał wspominać pierwszych lat.
Ale rok czterdziesty czwarty był dla niego rokiem
smutku i szczęścia. Zginął jego ojciec. Matkę zastrzelono na ulicy. Poznał
Felixa.
A rok dwutysięczny ósmy był rokiem wielkiego
nieszczęścia. Felix zmarł.
– Nie twoja wina – szepnął w końcu staruszek.
– Wiem. Nie mogłem.
Po długich minutach milczenia, Edward w końcu
zebrał się i drżącym, ledwo słyszalnym głosem zaczął:
– Kochałem go, wiesz? Kocham go nadal, tak mocno,
jak go niegdyś nienawidziłem. Opowiadałem ci? – zapytał cicho. – Pewnie nie –
westchnął, po czym otarł samotną łzę z policzka. – Nie opowiadałem nikomu.
Wnuk nie przerwał dziadkowi, czekał, aż sam
rozpocznie swoją opowieść. A rozpoczął ją od tych słów: "była wojna".