sobota, 23 kwietnia 2016

Prolog

Cmentarz w Hamburgu

Pogrzeb był kameralny. Kilka osób. Mąż, wnuk, trzech przyjaciół i pastor. Nikt więcej.
Spuszczono trumnę do wykopanego wcześniej grobu. Pięciu mężczyzn w czarnych garniturach pochyliło się, szepcząc modlitwy. Słońce grzało niemiłosiernie, było lato. Po twarzy każdego z nich spływał pot, z oczu dwóch leciały łzy. Już się nie powstrzymywali.
Pogoda była piękna. Zupełnie nie pasowała do nastrojów panujących w sercach żałobników. Ptaki ćwierkały wesoło na drzewach, które lekko szumiały. Trawa była nadzwyczaj zielona, w powietrzu unosił się zapach lata. Natura się cieszyła.
Pastor skończył swoją powinność i żegnając się oschle ze zgromadzonymi donośnym i twardym "z Bogiem", ruszył w stronę bramy cmentarza.
Podobnie jak natura, cieszył się w duchu ze śmierci tego człowieka, którego pochował. Ze śmierci istoty tępionej przez Boga, przyrodę i Kościół. Ze śmierci istoty, która nie miała prawa istnieć. Felixa Brauna.

***

Centrum Hamburga

            W mieszkaniu Edwarda Kruszwickiego było ciemno, paliła się tylko jedna staroświecka lampa stojąca. Oświetlała część niewielkiego salonu i brązowy tapczan, na którym siedzieli dziadek i wnuk. Siedzieli zgarbieni, jakby ciężar śmierci Felixa przygniatał ich ramiona do ziemi i nie pozwalał się podnieść. Obaj byli pogrążeni w smutku, milczeli. Ich rany były zbyt świeże.
W końcu wnuk, Adam, odezwał się. Szeptem, chociaż nikogo innego nie było w mieszkaniu. Tak cicho, jakby jego głos miał spowodować lawinę kolejnych wspomnień, lawinę kolejnych smutków.
– Żałuję, że nie poznałem go lepiej.
I znów zapadło milczenie. Edward zbierał myśli. Po śmierci ukochanego czuł się, jakby stracił wszystko. Nie tylko najdroższą osobę. Mieszkanie było bez niego puste. Brakowało mu śmiechu Felixa, brakowało mu jego słów. Zapach, który unosił się wszędzie wokół, tak bardzo przypominał mu o zmarłym, że nie potrafił się skupić. Tęsknił za silnymi ramionami byłego żołnierza, tęsknił za jego obiadkami, które smakowały tak, jak smakowały obiady, kiedy jego matka jeszcze żyła. Jak przed trzydziestym dziewiątym. Tęsknił też za całym Felixem. Jego obecność była niezbędna w życiu Edwarda. Tak niezbędna jak powietrze.
Edward widział wiele śmierci. Jeszcze więcej zniszczenia. Przeżył wojnę i powstanie warszawskie. Widział to wszystko, o czym teraz z zapałem znawcy piszą książki. Nie chciał wspominać pierwszych lat.
Ale rok czterdziesty czwarty był dla niego rokiem smutku i szczęścia. Zginął jego ojciec. Matkę zastrzelono na ulicy. Poznał Felixa.
A rok dwutysięczny ósmy był rokiem wielkiego nieszczęścia. Felix zmarł.
– Nie twoja wina – szepnął w końcu staruszek.
– Wiem. Nie mogłem.
Po długich minutach milczenia, Edward w końcu zebrał się i drżącym, ledwo słyszalnym głosem zaczął:
– Kochałem go, wiesz? Kocham go nadal, tak mocno, jak go niegdyś nienawidziłem. Opowiadałem ci? – zapytał cicho. – Pewnie nie – westchnął, po czym otarł samotną łzę z policzka. – Nie opowiadałem nikomu.
Wnuk nie przerwał dziadkowi, czekał, aż sam rozpocznie swoją opowieść. A rozpoczął ją od tych słów: "była wojna".